• Wszystko o akordeonie

  • Wywiady

  • Relacje z koncertów

  • Recenzje płyt

  • Sprzęt

Polski Portal Akordeonowy

akordeon.pl

"Szukam swojego indywidualnego języka" - Jacek Kopiec dla Polskiego Portalu Akordeonowego

 

16.05.2020r. 
 
Akordeonista, kompozytor, producent muzyczny. Autor jednej z najpopularniejszych partii akordeonu w muzyce popularnej ostatnich lat. Cieszy mnie bardzo, że ma coś do powiedzenia i dzieli się swoją wiedzą i spostrzeżeniami. To wywiad-rzeka, ale czyta się go na jednym oddechu. 
Mateusz Doniec
 
 

 

fot. Katarzyna Oziębła

 

Jacek Kopiec (rocznik 1991) – akordeonista, kompozytor i producent muzyczny z Krakowa, którego styl to fuzja muzyki poważnej, improwizowanej, jazzu i ethno. Swoje pierwsze kroki w świecie muzyki stawiał już w wieku 6 lat i mimo tak młodego wieku podjął suwerenną decyzję: „chcę grać na akordeonie”. Choć jest już dojrzałym muzykiem wciąż nie widzi świata poza ukochanym instrumentem.


ZACHĘCAMY DO ŚLEDZENIA DZIAŁAŃ JACKA W INTERNECIE:

Ostatnimi czasy naszła mnie refleksja dotycząca pytania, które zazwyczaj w naszych wywiadach pada jako pierwsze. "Dlaczego akordeon?" to dość banalne pytanie. Z drugiej strony nie ma lepszego miejsca, niż Polski Portal Akordeonowy, w którym akordeoniści mogliby opowiedzieć o swoich początkach. Zadałem więc to pytanie również Jackowi. 
JACEK KOPIEC: Od najmłodszych lat w domu rodzinnym otaczała mnie muzyka. W zasadzie każdy z domowników na czymś grał, większość osób raczej amatorsko, na własny użytek, ale wyjątkiem był mój Dziadek Kazimierz, który muzyką zajmował się bardziej „zawodowo” i niezwykle aktywnie – koncertował, uczył, aranżował, prowadził kameralne orkiestry i chóry, ale przede wszystkim biegle grał na akordeonie. On dużo grał – a ja niezmiennie słuchałem zafascynowany. Brzmienie tego instrumentu bardzo mocno „wrosło” w mój organizm, w moją świadomość i podświadomość. W wieku sześciu lat sam zacząłem grać na akordeonie i... w sumie tak już zostało :) Gdy poszedłem na egzaminy wstępne do Szkoły Muzycznej postawiłem twarde wymagania: „w grę wchodzi tylko akordeon”. Komisja była zaskoczona, ale takie postawienie sprawy raczej ich ucieszyło... większość dzieciaków chce grać na skrzypcach, fortepianie, gitarze... a tu trafił się zadeklarowany siedmioletni akordeonista :) Później miałem to szczęście, że w toku mojej edukacji trafiłem na świetnych pedagogów, którzy potrafili nie tylko podtrzymać, ale wręcz wzmocnić i napędzić moją pasję – to niezwykle ważny aspekt rozwoju młodego muzyka. Żeby nie było, że zmyślam – popatrz na wzrok tego dzieciaka na zdjęciu, to nie mogło się skończyć inaczej. Nawet nowiutka kolejka (prezent gwiazdkowy) nie zdołała wygrać z akordeonem :) 

 

Dwuletni Jacek i jego Dziadek. Świąteczne koncertowanie w domu rodzinnym.

Fot. Archiwum własne

 

Zanim skupimy się na Tobie chciałbym porozmawiać o konkursie kompozytorskim, jaki zorganizowałeś. Skąd pomysł na taką inicjatywę?

Gdy o tym teraz myślę, to dziwię się, że tak późno na to wpadłem :) Spróbuję jednak wytłumaczyć szerszy kontekst tego pomysłu i filozofię, która za nim stoi. 

Większość moich działań artystycznych oscyluje nie tylko wokół wykonawstwa muzyki akordeonowej, ale także komponowania i produkcji muzycznej. W swojej pracy bardzo lubię zajmować się projektami od A do Z – tym samym kontrolować każdy etap, na którym krystalizuje się moja muzyka. Od luźnego pomysłu, który przychodzi do głowy, przez starannie przemyślaną i rozpisaną kompozycję, dalej "własnoręczne" wykonanie utworu, jego studyjną rejestrację, mix, mastering i finalnie publikację/dystrybucję. Jakkolwiek komponowanie i wykonywanie własnej muzyki jest dosyć powszechnym zjawiskiem, tak moim dodatkowym celem od zawsze było uzyskanie kontroli właśnie nad studyjnym etapem formowania muzyki, głównie dlatego, że to właśnie tam wywierany jest bardzo duży wpływ na brzmienie – a zatem decyduje się niezwykle ważny aspekt tego, w jaki sposób nasza twórczość będzie ostatecznie postrzegana. Wspomniany cel zrealizowałem w 2013 roku, zakładając studio produkcyjne Synaptic Records. Ostatnio sporo myślałem właśnie o tym, żeby dodatkowo wykorzystać studio w jakimś pożytecznym celu – stąd idea konkursu, mającego zachęcić młodzież do samodzielnego komponowania, a zarazem umożliwić zwycięzcom profesjonalne nagranie i promocję ich twórczości. Chcę ponadto, by młodzi ludzie mieli okazję jak najszybciej zdobyć cenne studyjne doświadczenie, by przeszli całą „procedurę” rejestracji muzyki i dostrzegli, że studio wymaga od wykonawcy przyjęcia nieco innej postawy artystycznej niż np. koncertowanie sceniczne. Niejako „przy okazji” może pojawić się wiele nowych i ciekawych utworów, które bez tej inicjatywy mogłyby nigdy nie powstać :) 

Jestem zdania, że sztuka może "zyskać" dużo więcej, jeżeli artyści położą w swojej pracy większy nacisk na stronę "twórczą", kosztem tej "odtwórczej". Staram się zatem promować takie podejście wśród młodszych ode mnie akordeonistów (i nie tylko akordeonistów) – zachęcać ich już od najmłodszych lat do improwizowania, komponowania – innymi słowy do przestawienia głowy na tryb "mówienie od siebie", a nie tylko "powtarzanie". W tym miejscu muszę jednak doprecyzować, aby nikt mnie źle nie zrozumiał –  nie jestem adwersarzem interpretowania muzyki, "odtwarzania" dzieł innych kompozytorów. Wprost przeciwnie, uważam to za niezwykle istotną gałąź działalności współczesnego artysty. Wskazuję tylko, że moim zdaniem warto zastanowić się nad właściwą proporcją pomiędzy tymi dwoma elementami – szczególnie w dydaktyce, gdy umysł młodego człowieka dynamicznie się rozwija i potrzebuje przede wszystkim kreatywnych bodźców. 

Podsumowując temat konkursu – myślę, że jeżeli rezonans tej inicjatywy będzie zadowalający, na tej pierwszej edycji się nie skończy. Przemyślę udoskonalenie i rozbudowanie całej formuły i może uda się zaprogramować jakąś jej cykliczność :) 

 

"Bardzo lubię nie tylko samemu nagrywać w studio, ale także rejestrować innych wykonawców. Praca z dźwiękiem niezmiennie sprawia mi wielką przyjemność, niezależnie od tego „po której stronie mikrofonu” jestem."

Fot. Anna Suder

 

Fot. Archiwum własne

 

Czy według Ciebie można się nauczyć komponowania?

Uważam, że komponowania i improwizacji można się nauczyć – są to umiejętności jak każde inne. Oczywiście każdy człowiek ma w sobie różny potencjał twórczy – stąd rezultaty nie będą jednorodne jakościowo, jednak osiągnięcie przyzwoitego choćby poziomu w obu dziedzinach jest w mojej opinii tylko kwestią odpowiedniego wkładu pracy artysty.

 

 

W swojej edukacji muzycznej nigdy nie miałem styczności z zajęciami komponowania lub improwizacji. Wręcz przeciwnie - zawsze byłem wrzucany w jakieś ramy. Czy uważasz, że szkolenie młodych muzyków sprawia, że mają później problemy z tworzeniem?

Nie wiem czy jestem właściwą osobą do diagnozowania ewentualnych problemów tak szerokiej grupy społecznej. Wydaje mi się, że w naszych osądach zawsze warto zachować pewną dozę pokory, ponieważ zbyt często zdarza nam się uogólniać czy głosić coś ex catedra. Często jest tak, że znamy dwa, trzy przykłady osób z naszego otoczenia, które robią daną rzecz w określony sposób i tylko na tej podstawie wyciągamy wnioski dotyczące ogółu, całości… Niejako synekdocha, pars pro toto. Sam nieraz łapałem się na tym, że pewne rzeczy traktowałem jako nowatorskie, odkrywcze, a potem zdobywałem troszkę więcej wiedzy… i okazywało się, że to od dawna już gdzieś było, funkcjonowało często w dużo lepszym wydaniu :) Zatem oceny kondycji całego młodego pokolenia muzyków się nie podejmę, spróbuję jednak podzielić się moimi przemyśleniami dotyczącymi poruszonego przez Ciebie zjawiska – czyli niedoskonałości tak zwanego „systemu” edukacji muzycznej, który w mojej opinii powinien zostać poddany prawdziwej rewolucji. 

Oczywiście zgadzam się z tym, co powiedziałeś – „system” (nazwijmy to tak na nasz użytek) kierunkuje młodych ludzi jednotorowo. Jako wolni ludzie i artyści, w muzyce mamy praktycznie nieskończoną liczbę równoległych ścieżek, którymi możemy podążać. Nie jest tak, że jeżeli wkroczymy na jedną drogę, to pozostałe zostają zamknięte i niedostępne, wprost przeciwnie, z powodzeniem możemy nasze muzyczne alter ego multiplikować, poruszać się po tych ścieżkach swobodnie, idąc wieloma równocześnie, bądź dowolnie skacząc z jednej na drugą. Te ścieżki to różne estetyki, języki muzyczne, style, gatunki – wszystko co w muzyce możemy sobie wyobrazić. Fugi Bacha – choć niezwykle piękne i oczywiście należy je dogłębnie poznać i szanować – nie są jednak „końcem” muzycznego świata. Dlaczego zamykać się na muzykę improwizowaną, etniczne brzmienia ćwierćtonowe czy chociażby doskonałej jakości muzykę popową? Oczywiście, „klasyka” jest szalenie ważna. Muzyka poważna wyposaża nas (ostateczny efekt zależy oczywiście od zainwestowanego czasu i włożonej pracy) w zaawansowane umiejętności techniczne i kierunkuje nasz zmysł estetyczny na sztukę o „wysokich” wartościach, często jednak może dawać złudne poczucie „snobizmu” – dziwnej psychicznej dominacji nad resztą „gorszego” muzycznego świata. Może tworzyć przekonanie, że „my zajmujemy się muzyką artystyczną, a reszta to poziom, bądź nawet kilka szczebli, niżej”. A to już prosta droga do autoizolacji i odrzucenia całej „reszty”. Ja jestem zdania, że z każdego obszaru muzyki możemy czerpać wartości piękne i wzbogacające nas. I na tym powinniśmy się skupiać, na jakości, wysokim poziomie wykonawczym, a nie na etykietach... Jak myślisz, co nas bardziej zbuduje wewnętrznie – wysłuchanie po raz piąty słabego wykonania kunsztownie napisanej Sonaty Haydna czy występ nieznającego zapisu nutowego artysty z Bali, grającego po mistrzowsku na instrumencie, którego nazwy nawet nie potrafimy wymówić? Ja poszukuję muzyki, która mnie zaskoczy, pozwoli poszerzyć horyzont poznawczy i usłyszeć/zagrać coś, czego się nie spodziewam. W ten sposób dochodzimy do sedna – czyli do improwizacji, która w pewnym sensie zaspokaja właśnie te potrzeby. Odrzucenie improwizacji w „systemie” edukacji i muzyce poważnej to wielki błąd, który niestety jest kwestią filozofii głęboko zakorzenionej wśród kilku ostatnich generacji muzyków. Filozofii, w moim mniemaniu, błędnej i niefortunnej. Dość powiedzieć, że jest to zjawisko w historii stosunkowo nowe, obserwujemy je bowiem dopiero od około 150 lat. Do połowy XIX wieku improwizacja stanowiła fundament całej muzyki artystycznej i procesu edukacji instrumentalistów. A potem nastąpił ten nieszczęsny zwrot… Temat ten jest jednak bardzo złożony i nie sposób go w tej formule (wywiad) wyczerpać. Szczegółowej analizie tego, co powierzchownie tutaj poruszam, poświęciłem jeden z rozdziałów mojej pracy doktorskiej (której meritum stanowi właśnie zjawisko improwizacji), dlatego zainteresowanych rozwinięciem tego wątku odsyłam właśnie tam.  

Wracając jednak do Twojego pytania – widzę to tak, że w idealnym modelu edukacji muzycznej, rozwój umiejętności interpretacji, improwizacji i kompozycji powinien przebiegać równolegle, każdą z tych dziedzin powinno się traktować na równych prawach i każdej zagwarantować odpowiednią przestrzeń. Zapewni to nieustanne pobudzanie pokładów kreatywności artysty – dzięki lepiej rozwiniętej wyobraźni muzycznej będzie on bieglej interpretował, z kolei dzięki umiejętnemu interpretowaniu muzyki wzbogaci on swój warsztat techniczny i wrażliwość. To są naczynia połączone. 

OK, ale skoro mówię „co” należy zmienić, powinienem chociaż zasugerować „jak” można do tego doprowadzić – żeby nie zostać posądzonym o jakiś populizm i rzucanie pustych haseł. W pierwszej kolejności zacząłbym od poszerzenia oferty szkolnictwa wyższego, Akademii i Uniwersytetów, przede wszystkim dlatego, że najpierw należy właściwie wykształcić przyszłą kadrę, która posiadłaby kompetencje do dalszej pracy u podstaw i nauki młodzieży już w tej „nowej rzeczywistości systemowej”. Moją propozycją jest stworzenie kompleksowych, poszerzonych kierunków, w których studenci uczą się tajników improwizacji, kompozycji i interpretacji w ramach dotychczasowych katedr „klasycznych”. Swoje semestralne recitale, gdzie wykonują transkrypcje muzyki dawnej i literaturę oryginalną uzupełniają o wykonania własnych kompozycji i improwizacji. Jestem zwolennikiem kreowania artystów „kompletnych”. Porównując to do piłki nożnej – współcześnie już nie wystarczy, że piłkarz tylko szybko biega czy dobrze strzela rzuty wolne – żeby grać na najwyższym poziomie musi posiadać kompleksowy wachlarz umiejętności. Podobnie jest w muzyce. Powiem teraz może coś, co pewnie nie wszystkim się spodoba, ale nie jestem zwolennikiem kierunków typu „akordeon jazzowy”. Uważam, że jest to kolejna odmiana zawężania perspektywy, tym razem na mainstreamowo rozumiany jazz, na konkretny styl improwizacji, który stanowi tylko mały ułamek całego bogatego świata improwizacji. Jestem przekonany, że należy uczyć ludzi „jak”, a nie „co” improwizować. Nie narzucać im konwencji. Jazz jest oczywiście niezwykle istotny, pomaga zrozumieć skale, poznać rozszerzoną harmonię itp. – lecz, ponownie, to nie „koniec” świata. Dlatego uważam, że z powodzeniem można to wszystko realizować pod bardziej uniwersalnym hasłem – np. „akordeon z modułem improwizacja/kompozycja”, gdzie obok muzyki poważnej znalazłoby się także miejsce na jazz i całą resztę. Proces ewentualnych zmian „systemu” z pewnością byłby długotrwały, ale realizowany konsekwentnie, przyniósłby wymierne rezultaty – jestem tego pewien. 

 

 

Jakich zmian dokonałbyś w obecnym programie nauczania? 

Myślę, że nie ma konieczności przeprowadzania radykalnej zmiany obecnej „siatki” przedmiotów jako takiej. Obecnie z jednej strony mamy „pakiet praktyczny”: instrument główny, dodatkowy, zespoły kameralne, z drugiej „pakiet teoretyczny”: harmonię, zasady muzyki, historię muzyki, kształcenie słuchu – przecież w ramach tych przedmiotów można wyczerpać zdecydowaną większość istotnych muzycznie zagadnień i nauczyć się niemalże „wszystkiego”. Oczywiście można te „pakiety” wzbogacić o kolejne zajęcia ukierunkowane bardziej szczegółowo, np. kontrapunkt, aranżację, instrumentację, literaturę specjalistyczną, improwizację itp. – choć to wszystko to już bardziej poziom akademicki. Moim zdaniem nie chodzi jednak o to, jak nazwiemy dany przedmiot, tylko o czym będziemy w jego ramach dyskutować, jaki materiał realizować. Na harmonii i zasadach muzyki możemy omawiać w kółko kadencję plagalną i kwinty równoległe albo w pewnym momencie zająć się skalami modalnymi, orientalnymi czy rozszerzonymi akordami jazzowymi, przestawić myślenie z harmonizowania sopranów na komponowanie własnych utworów itd. Znajdzie się miejsce i na „klasykę” i na „jazz” – przecież współcześnie granica pomiędzy tymi dwoma światami praktycznie się zaciera. Improwizacją możemy się zajmować z powodzeniem w ramach zajęć z instrumentu głównego – tu wszystko zależy od pedagoga. No ale zacznijmy od tego, że on sam musi potrafić biegle improwizować, żeby był w stanie kogoś tej sztuki nauczyć. I to wydaje się być największym wyzwaniem. Stąd moje wcześniejsze słowa o konieczności właściwego wykształcenia przyszłej kadry, o pracy u podstaw. W dydaktyce wszystko zależy od odpowiedniego nastawienia i mentalności, od przyjętej koncepcji i od umiejętnego ustalenia priorytetów. Dlatego sądzę, że najpierw trzeba zmieniać myślenie ludzi, zaszczepić ideę, a cała reszta będzie już naturalną konsekwencją tego działania.

 

"Mój dziadek Kazimierz i Jego brat Janusz w latach 50. XX wieku. Akordeon towarzyszy mojej rodzinie od bardzo dawna."

Fot. Archiwum własne.

 

 

Jakich wskazówek udzieliłbyś uczniowi, który chciałby nauczyć się improwizować? 

Gdy spotykam się po raz pierwszy z kimś, kto chce zacząć improwizować, najczęściej zaczynam od swobodnej rozmowy na temat samej improwizacji, wywiadu środowiskowego (pytań o dotychczasowy kontakt z improwizacją, prośby o przedstawienie własnego poglądu na zjawisko itp.) oraz wytłumaczenia mojego spojrzenia na całą kwestię. Wszystko to robię po to, aby stworzyć odpowiednie podwaliny pod wspólną pracę. Wierzę, że jeśli już na starcie improwizację dobrze zrozumiemy, na dalszym etapie będzie nam dużo łatwiej opanować jej tajniki. 

Ja widzę to tak, że improwizacja to z jednej strony niezwykle złożone i wielopłaszczyznowe zjawisko muzyczne, lecz z drugiej strony umiejętność ta w rozumieniu globalnym jest dla człowieka bardzo naturalna, praktycznie nieodłącznie wpisana w historię całego gatunku ludzkiego. No bo kto nigdy nie „kombinował”, nie wymyślał jakiś rozwiązań „na poczekaniu”, z potrzeby chwili? Podobnie jest w muzyce, gdzie poszukujemy najlepszych rozwiązań na „tu i teraz”. Sądzę zatem, że każdy ma w sobie potencjał improwizatorski, większy lub mniejszy, ale istniejący – i na jego rozwoju należy się skupiać. Mistrzowskie opanowanie sztuki improwizacji to proces długotrwały, który de facto nigdy się nie kończy, trwa przez całe nasze życie. Co więcej, ze względu na dynamiczną specyfikę tej czynności, gdy improwizujemy zawsze znajdzie się element, który może nas zaskoczyć, możemy zabrnąć w zaskakującą sytuację, w której nawet pomimo wieloletniego improwizatorskiego doświadczenia znaleźliśmy się po raz pierwszy. Już samo tłumaczenie łacińskiego improvisus („nieprzewidywalny”), każe nam „spodziewać się niespodziewanego” :) No i to właśnie zdaje się najbardziej przyciągać ludzi do improwizacji – brak nudy, artystyczna „adrenalina”, nieustanne odkrywanie siebie i muzyki na nowo. 

Od strony twórczej na improwizację składa się wbrew pozorom cała masa pozamuzycznych umiejętności. Wymaga ona wysokiego „muzycznego ilorazu inteligencji”, w obręb którego wchodzi szereg głęboko rozwiniętych – określmy to młodzieżowo – skilli. Te skille to zdolność szybkiego myślenia, antycypacji, adaptacji do zmiennego otoczenia dźwiękowego, natychmiastowej reakcji na najdrobniejsze bodźce. To kreatywność, wyobraźnia, wrażliwość, pamięć… lista jest bardzo długa. Ale improwizacja nie tylko stawia wymagania, improwizacja gwarantuje także rozwój, w ten sposób nam się „odwdzięczając”. Podczas improwizacji wszystkie wyżej wymienione umiejętności rozwijamy, stajemy się nie tylko lepszymi muzykami, ale ludźmi w ogóle. Potężnie wzbogacamy nasze wnętrze. 

 

"Zdjęcie z jednego z moich pierwszych „koncertów” (miałem pewnie około siedmiu lat – na akordeonie klawiszowym grałem tylko przez pierwszy rok nauki) w Szkole Muzycznej I st. im. Bronisława Rutkowskiego w Krakowie. Uczyłem się u wspaniałego pedagoga i akordeonisty – Pana Tomasza Poręby."

Fot. Archiwum własne.

 

Tutaj dochodzimy do kolejnej istotnej kwestii – konkretnych zapotrzebowań wykonawczych. Improwizację warto bowiem oprzeć na merytorycznym fundamencie – na dobrze rozwiniętym warsztacie technicznym oraz biegłym opanowaniu estetyki muzycznej, w obrębie której zamierzamy się poruszać. Czas, który poświęcimy na poznanie skal, harmonii, rytmiki i pozostałych składowych języka muzycznego jest wprost proporcjonalny do swobody, z jaką przystępujemy do naszej improwizacyjnej wypowiedzi. Podobnie jak w życiu, jeśli jesteś inteligentny, ale masz małą wiedzę (zaniedbany fundament) – to może i potrafisz szybko zareagować i od czasu do czasu odgryźć się komuś trafną ripostą, ale na dłuższą metę nie masz szans w dyskusji z kimś, kto swoją wysoką inteligencję wspiera doświadczeniem, wiedzą, wykształceniem i erudycją zaczerpniętą z książek. 

Skoro już poruszyłem temat książek, to opowiem o czymś jeszcze. Czasem ludzie są zdziwieni, gdy przychodzą do mnie nauczyć się improwizacji, a ja podczas tej pierwszej rozmowy poruszam kwestie pozamuzyczne, pytam np.: „jaką książkę ostatnio przeczytałeś?”, „jakiej dobrej muzyki słuchałeś?”, „jaki wartościowy film obejrzałeś?”. Nie pytam o to dla żartu czy rozluźnienia atmosfery, staram się wskazać na – niestety często zaniedbany – obszar rozwoju każdego artysty – nie tylko improwizatora. Uważam bowiem, że możemy stać się lepszymi muzykami, a w szczególności improwizatorami, właśnie poprzez czytanie książek, słuchanie wyśmienitej muzyki, oglądanie „perełek” kinematografii, podróżowanie czy wnikliwe studiowanie obrazów. Poprzez budowanie szerokich horyzontów pozamuzycznych zyskujemy ciekawe „historie” do opowiedzenia, to co gramy ma szansę stać się głębsze, bardziej wyraziste i przede wszystkim nasze, prawdziwe. Piękniejsza dusza to piękniejsza improwizacja, która przecież co do zasady sięga do najgłębszych pokładów tego, co w nas siedzi. Jeśli ciężko natrafić tam na coś interesującego, to jak możemy oczekiwać ciekawych rezultatów samej improwizacji? To się po prostu nie dodaje. 

Co do bardziej praktycznych wskazówek, z uwagi na to, że zazwyczaj najtrudniej jest zacząć improwizować, przełamać się i przystąpić do tego działania po raz pierwszy, zawsze na początku staram się zbudować odpowiednie nastawienie przyszłego improwizatora. „Zaktualizować jego dyspozycję” – jak określiłby to Stróżewski – i ukierunkować ją na biegun twórczy, wyzwolić głowę z dotychczasowych konwencji. Gdy już pęknie ta pierwsza bariera (a najczęściej dzieje się to bardzo szybko, w końcu ktoś już przyszedł na zajęcia, zatem najważniejsze – czyli chęci – już istnieją), zachęcam do zrelaksowania się i czerpania możliwie największej przyjemności z eksplorowania muzyki z nowej perspektywy. Grać można cokolwiek, to mogą być nawet przypadkowe klastery czy proste frazy w C-dur. Na skale alterowane przyjdzie czas, na początku ważna jest sama idea poznania istoty improwizacji jako takiej. Jeśli pierwsze próby są nieporadne – a najczęściej tak właśnie jest, przecież wkraczamy w zupełnie nowy świat – nie powinniśmy ich wartościować, wstydzić się tego, oceniać i krytykować. Niech muzyka płynie. Wstyd przed tym co tworzymy, uznanie tego za bezwartościowe i niepotrzebne niejednokrotnie potrafi nas zniszczyć i zablokować. To niezwykle istotne, aby przystąpić do improwizacji z wielką pokorą i dać sobie szansę na systematyczny rozwój. Jeśli dzisiaj nie osiągnąłeś szczytu swoich możliwości to bardzo dobrze, jutro też jest dzień. Co to by była za zabawa, jeśli nie istniałaby perspektywa dalszego rozwoju? Często podpowiadam także, aby w improwizacji nieustannie wykraczać poza to, co już znamy, nie grać w kółko tego samego, nie bać się „błędu” i jego konsekwencji. Odpowiednio wykorzystany „błąd” napędza i otwiera nowe możliwości. Powiem wręcz, że improwizacje najczęściej buduje się właśnie na takich „błędach”. Trzeba nieustannie się zaskakiwać, inaczej będziemy stać w miejscu.  

A na koniec porada chyba najważniejsza: słuchaj takiej muzyki, takiego stylu, w jakim chciałbyś później grać. Przesiąkaj estetyką, frazowaniem, feelingiem, brzmieniem. Wszystkiego w improwizacji można się nauczyć samemu tylko poprzez umiejętne słuchanie (podkreślam: umiejętne, nie „w tle”, przy okazji porannej kawy) i analizowanie właściwie wyselekcjonowanej muzyki. 

 

Jacek wraz ze swoim profesorem w klasach 1-6 - Tomaszem Porębą. 

Fot. Archiwum własne

 

 

W jakim gatunku improwizacja sprawia Ci największą przyjemność?

Gdy improwizuję solowo skupiam się bardziej na konkretnym przekazie, na treści, a zatem na figurach rytmicznych i motywicznych jako takich, staram się nie przyjmować ściśle ustalonej konwencji. Szukam swojego indywidualnego języka. Unikam grania na zasadzie: „teraz poimprowizuję sobie jazzowo”. Chcę po prostu grać „o czymś”, na jakiś temat, a to, jakich środków do tego użyję jest dla mnie kwestią wtórną, która bardzo często krystalizuje się samoistnie, można powiedzieć, że „wychodzi w praniu”, wynika z aktualnego zapotrzebowania. Czasem będzie to właśnie fraza o jazzowym charakterze i rytmice, czasem fragment nawiązujący do „klasycznego” basu Albertiego, czasem punktualistyczna kulminacja i ekspresyjne „wyładowanie” nagromadzonej energii. Nie widzę przeciwwskazań do łączenia nawet skrajnych stylistycznie i gatunkowo elementów w obrębie jednej improwizacji. Wynika to głównie z tego, że przyrównuję improwizację do mowy, do wypowiedzi werbalnej. Tak staram się grać, naturalnie. Gdy o czymś opowiadamy, bardzo często robimy niezwiązane z tematem wtrącenia, snujemy obszerne dygresje, urywamy w połowie zdania… Najlepiej zatem czuję się w otwartych formach, nieskrępowanych żadnymi ramami czasowymi czy estetycznymi, nad którymi mogę sprawować pełną kontrolę wykonawczą. Nie oznacza to oczywiście, że od czasu do czasu nie lubię dla przyjemności pograć sobie bardziej „zadaniowo”, spójnie stylistycznie – właśnie jazzowo czy (co szczególnie lubię) starając się utrzymać fakturę polifonizującą itp. – ale traktuje to bardziej na zasadzie sesji ćwiczeniowej. 

To, co tworzę improwizując, a co za tym idzie i komponując, można chyba sklasyfikować jako balansujące pomiędzy muzyką poważną, jazzem i ethno. Czasami szala przechyla się na jedną stronę, aby zaraz potem odbić w przeciwnym kierunku. Nigdzie jednak nie osiada na stałe. To chyba taka „stylistyka wędrowna”, zmierzająca tam, gdzie akurat ma ochotę. Choć przyznać trzeba, że często zmierza w stronę brzmień… nazwijmy to nostalgicznych, minorowych. Jakoś nie za wiele jest w mojej muzyce wyrażonego wprost optymizmu. 

 

 

Nie wspomniałeś o improwizacji w zespole. Czy to oznacza, że preferujesz improwizację solową? 

Granie w zespole to z całą pewnością wielka przyjemność i osobiście bardzo to lubię, jednak trzeba mieć na uwadze, że improwizacja w takiej zbiorowej formule ideowo znacząco różni się od tej solowej. W porównaniu do gry solowej, w grze zespołowej w większym stopniu podlegamy pod pewne ograniczenia i konwencje (strukturalne, harmoniczne itp.). Ktoś może się z tym zdaniem nie zgodzić, rzucić hasło „free jazz” – i pewnie będzie miał rację, przecież tam wolność jest niemalże całkowita. Muzyka jest tak różnorodna, że ciężko o sądy definitywne i ostateczne, za dużo tu zmiennych. Staram się jednak wskazać pewne dominujące tendencje... Wszystko zależy oczywiście od wykonywanego przez nas gatunku, ale gdy osadzamy naszą improwizację w przestrzeni zespołowej, w większości przypadków, grając nie możemy skupiać się już tylko na sobie, powinniśmy nieustannie reagować na to, co robią pozostali muzycy, dialogować z nimi. Poprzez tę interakcję pośredni wpływ na naszą improwizację uzyskują zatem inni członkowie zespołu. I to chyba jest zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma formami improwizacji. Gdy improwizujemy samotnie, w poszukiwaniu energii twórczej i inspiracji zwracamy się najczęściej ku sobie, do wewnątrz. Z kolei dobry „kameralista” pozostaje otwarty na otoczenie, kieruje swoje spojrzenie „na zewnątrz”, chce się integrować, pozwala innym wywierać na siebie wpływ… Każda z tych opcji wiąże się z ciekawymi przeżyciami artystycznymi. Sądzę, że „kompletny” improwizator powinien uprawiać obie te formy scenicznej „wypowiedzi”. Gra zespołowa uczy innego podejścia artystycznego niż solowa, a zarazem każda z nich na swój własny sposób bardzo rozwija nas muzycznie.

 

 

Który rodzaj improwizacji jest trudniejszy?

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, który jest trudniejszy czy bardziej wymagający. Wszystko zależy od konkretnego kontekstu, gatunku, stylistyki itd. Jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że obie formy improwizacji gwarantują równie dużą satysfakcję i nie należy zaniedbywać żadnej z nich. 

 

 

Brałeś udział w wielu projektach muzycznych. Który z nich był najciekawszy?

Myślę, że każdy z nich był równie ciekawy. Mam takie podejście, że nie wartościuję ich na lepsze lub gorsze, nie tworzę hierarchii. Postrzegam je bardziej jako interesujące muzyczne przygody, bagaż artystycznych doświadczeń. Niezależnie od stopnia mojego zadowolenia z finalnego efektu muzycznego, od tego czy projekt ostatecznie mniej lub bardziej przypadł mi do gustu, staram się wyciągać z każdej sytuacji jak najwięcej pozytywów, jak najwięcej się uczyć. Przecież wzięcie udziału w nieco słabszym projekcie to też ważna nauczka. Może nawet najważniejsza :) Widzę to tak, że każdy nowy projekt, może z wyłączeniem tych solowych, to okazja do współpracy z ciekawymi artystami. Bardzo lubię poznawać ich spojrzenie na muzykę, ich filozofię gry. Staram się zawsze zaczerpnąć z tego jak najwięcej dla siebie, skorzystać z cudzej wiedzy i doświadczenia, poznawać muzyczny świat z perspektywy drugiej osoby. Jeśli nie będziemy otwarci na otaczającą nas rzeczywistość to grozi nam stagnacja, wąskotorowe myślenie, skupione na małym obszarze poznawczym. To coś takiego, jakby codziennie chodzić tylko po swoim małym, przydomowym ogródku i dziwić się „coś uboga ta przyroda na świecie, tylko pięć gatunków drzew, dzięcioł i dwa kleszcze” :) … za wszelką cenę trzeba odwiedzić jak najwięcej innych „ogrodów” w naszym życiu. 

Dotychczas miałem okazję poruszać się w wielu różnych gatunkach muzycznych, od szeroko rozumianej muzyki „klasycznej” i „współczesnej”, poprzez jazz, aż do muzyki klezmerskiej, popowej i całej masy trudnych do ścisłego zdefiniowania stylistyk pomiędzy tymi gatunkami. Do tego dodać można teatr, gdzie specyfika pracy drastycznie różni się od „autonomicznego” wykonywania muzyki. Ta różnorodność gatunkowa wynika z tego, że z jednej strony staram się być otwarty na ciekawe propozycje, ale z drugiej strony wiąże się też z tym, że nie potrafię za długo wysiedzieć w jednym miejscu. Lubię zmiany i eksperymenty, nie widzę problemu w poruszaniu się pomiędzy skrajnymi stylistykami. Oczywiście najbliższe mi muzycznie były i są wszystkie moje autorskie inicjatywy, projekty, w których mój wpływ na ostateczny rezultat brzmieniowy jest największy. Nie oznacza to jednak, że stawiam je ponad całą resztą. 

 

 

Kadr z koncertu Sound Quality SYSTEM

Fot. Krakowska Scena Muzyczna

 

 

Który z artystów najbardziej Cię zaskoczył podczas współpracy?

Nie przypominam sobie sytuacji, w której byłbym jakoś specjalnie „zaskoczony” kimś w kontekście muzycznym. Większość artystów z którymi współpracowałem, wcześniej albo dobrze znałem, albo przynajmniej ogólnie kojarzyłem ich twórczość, stylistykę w jakiej się obracają itd. W dzisiejszych czasach, w dobie powszechnego dostępu do Internetu, portfolio praktycznie każdego poważniejszego artysty można odszukać w kilka minut i bez problemu zapoznać się z tym co robi, posłuchać jak gra. Oczywiście niewiele nam to powie o jego osobowości, charakterze, sumienności, podejściu do pracy, traktowaniu innych ludzi… Powiedziałbym więc, że jeżeli już zdarzyło się komuś mnie „zaskoczyć”, to bardziej dotyczyło to płaszczyzny interpersonalnej. Ale to niczym nie różni się od innych sytuacji społecznych – niektórzy ludzie przy bliższym poznaniu zyskują, inni zaś tracą – to normalne. Nie mam jednak na co narzekać, dotychczas miałem przyjemność współdziałać z naprawdę znakomitymi ludźmi, zdecydowana większość z nich to prawdziwi profesjonaliści i wartościowe osobowości. Zdarzały się oczywiście pojedyncze sytuacje, w których następowały jakieś „tarcia” albo momenty, gdy ktoś zachowywał się mniej profesjonalnie, np. spóźniał, był słabo przygotowany lub – nie bójmy się może o tym powiedzieć – trochę przesadził z alkoholem lub narkotykami, ale były to raczej odosobnione incydenty. Moje podejście do organizacji pracy jest bardzo jasne – cenię sobie uczciwość, dobrą atmosferę, sumienną pracę, porządek i punktualność, a ponadto trzeźwość umysłu podczas gry – na świętowanie zawsze znajdzie się czas po koncercie :) Jeśli ktoś decyduje się na współpracę ze mną to albo już zna mnie i te zasady, albo szybko je poznaje i się do nich stosuje, w przeciwnym razie… nasze drogi się po prostu rozchodzą.

 

 

Dzięki współpracy z Donatanem Twój akordeon rozbrzmiewał w utworach, które zna cała Polska. Jaka jest geneza Waszej współpracy?

Historia jest bardzo prosta i ściśle wynikowa :) Gdzieś pod koniec mojego pierwszego roku studiów (2011), gdy pewnego środowego popołudnia ćwiczyłem w sali na Akademii Muzycznej rozdzwonił się mój telefon. Była to znajoma wokalistka, która z lekką obawą w głosie spytała się, czy mam ochotę zagrać z jej zespołem koncert z muzyką francuską – w repertuarze Édith Piaf, Serge Gainsbourg itd. – w sumie ponad 20 utworów. Obiektywnie –  bardzo przyjemne dla akordeonisty granie. Jej obawa wynikała jednak z tego, że koncert miał się odbyć w piątek, a zatem czasu na przygotowanie i ewentualne próby było ekstremalnie mało. Z naszej rozmowy zapamiętałem, że nie byłem wtedy jej „pierwszym wyborem”, wcześniej dzwoniła do kilku krakowskich akordeonistów, ale żaden się tego nie podjął – najczęściej odpowiadali, że jest „za mało czasu” itp. Z kolei z mojej strony „problem” był taki, że nigdy wcześniej nie grałem na poważnie muzyki francuskiej. Nie miałem dostępu do żadnych nut, rzetelnych opracowań i materiałów, generalnie brakowało mi w tym gatunku większego doświadczenia. Od niej dostałem w zasadzie tylko „setlistę” z tytułami i tonacjami utworów. Szybko się zgodziłem. Taki już mam charakter, że nie lubię odpuszczać. Teraz, będąc trochę starszym, inaczej już do tego podchodzę, ale na początku mojej „dorosłej” drogi muzycznej miałem zasadę – „grać co się da”. Uprzedzę trochę morał i powiem – tak, ta zasada pośrednio doprowadziła do moich nagrań z Donatanem i dzięki niej udało mi się nawiązać wiele ciekawych kontaktów. No ale wracając do historii… od razu po skończonej rozmowie telefonicznej siadłem do instrumentu i z słuchawkami na uszach spisywałem te utwory do późnej nocy, potem poćwiczyłem trochę z nagraniami (jak to zwykle bywa były w innych tonacjach –  żeby nie było za łatwo), a potem udało się zrobić jedną szybką próbę i zagraliśmy ten koncert. Wyszedł chyba całkiem nieźle, na tyle dobrze, że potem graliśmy jeszcze w tym składzie przez kilka następnych lat. W tym zespole na perkusji grał Bartek Szczepański, który po jakimś czasie zaprosił mnie do swojego nowo powstającego projektu o nazwie „Colorovanka”. W 2012 roku w jednym z krakowskich studiów nagraliśmy wspólnie płytę, która została wydana w roku 2013 przez Polskie Radio. Swoją drogą, z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że „Colorovanka” to bardzo ciekawa hybryda akustycznych brzmień etnicznych i klezmerskich z muzyką elektroniczną. Aranżacje Bartka były z pewnością świeżym i ciekawym spojrzeniem na kwestię syntezy tradycji i nowoczesności. Zmierzając jednak do meritum – przy okazji nagrywania „Colorovanki” poznałem się z Jarosławem Baranem, który rejestrował i miksował cały materiał. Jarek od dawna współpracował z Donatanem. W 2013 roku Donatan potrzebował akordeonisty i zadzwonił do mnie, zapewne dzięki rekomendacji Jarka. A dalej rzeczy potoczyły się już same. Nie da się stwierdzić, czy gdybym wtedy odmówił i nie zagrał tego wymagającego dla mnie francuskiego koncertu sprawy potoczyłyby się podobnie. Możliwe, nie chcę tu wchodzić w filozoficzne kwestie dotyczące predestynacji czy wolnej woli itd. Jedno jest natomiast pewne – trzeba dać sobie „szansę”, pozwolić, by inni ludzi mogli nas poznać i usłyszeć jak gramy, wtedy cała reszta zależy już od nas samych, pozostaje w naszych rękach.  

Wspólne zdjęcie z Cleo i Donatanem. Zostało zrobione w 2013 roku podczas sesji nagraniowej utworu „My Słowianie”

Fot. Archiwum własne

 

 

Czy myślisz, że wyższe wykształcenie muzyczne sprawia, że producenci chętniej z Tobą współpracują?

Historia, która doprowadziła do mojej współpracy z Donatanem pokazuje pewne mechanizmy funkcjonowania branży muzycznej, mechanizmy o tyle ciekawe, że mające niewiele wspólnego z wyższym wykształceniem muzycznym, o które pytałeś. Mógłbym to określić jako pewnego rodzaju „system rekomendacji”. W mojej opinii, nowe perspektywy rozwoju naszej kariery otwierają się dla nas wtedy, gdy jesteśmy aktywni zawodowo i naszą pracę wykonujemy na odpowiednim poziomie.

Dotychczas jeszcze nigdy nie spotkałem się z tym, aby ktoś oferujący mi współpracę, nagrania czy organizujący koncert analizował, czy ukończyłem Akademię Muzyczną, czy zrobiłem to z wyróżnieniem, czy jak miałem 7 lat, to wygrałem jakiś międzynarodowy konkurs w Pcimiu itp. Owszem, taka sytuacja ma miejsce jeśli np. staramy się o pracę w Szkole Muzycznej czy Akademii, ale w „codziennym” życiu muzycznym nikt o to nie pyta, ponieważ nikogo to nie obchodzi. Ludzie rozliczają cię z efektów, z tego „jak” grasz, a nie z tego co masz w CV. Najważniejsza jest ta faktycznie „brzmiąca” muzyka, wrażenie jakie po sobie pozostawiasz. Sam fakt sprawnego pięcia się po „szczeblach” w drabince edukacji nic nie znaczy, jeśli nie wynikają z tego realne umiejętności, pomysł na siebie i przede wszystkim właściwa moralność i etyka pracy. Ale teraz uwaga – w żadnym razie nie twierdzę, że nie powinno się studiować muzyki. Wręcz przeciwnie, z całego serca do tego zachęcam. Sam dzięki moim studiom bardzo dojrzałem muzycznie, poznałem mnóstwo wspaniałych osób, wzmocniłem się jako człowiek i artysta na wielu płaszczyznach, które pewnie bez tych pięciu lat studiów z wrodzonego człowiekowi „lenistwa” bym pominął. Ale ponieważ „system” jest nieco „dziurawy”, w tym wszystkim kluczowe jest nasze nastawienie. Nic się „samo” nie zrobi tylko przez to, że „studiujemy”, nic się nam nie należy tylko dlatego, że poświęciliśmy nasze życie muzyce i ciężko pracujemy. O wszystko trzeba powalczyć, dać sobie właśnie tę „szansę”, o której mówię. To od nas samych zależy rozmiar bagażu doświadczeń, z jakim po studiach wkroczymy w, pod tak wieloma aspektami, „brutalny” świat. Co więcej, ta droga nie kończy się wraz z naszym ostatnim recitalem dyplomowym i obroną pracy magisterskiej. To dopiero początek naszego dalszego rozwoju jako niezależnej osobowości artystycznej. Dalsze zawodowe życie muzyka bardzo szybko go weryfikuje, gdy okazuje się, że wymaga się od niego wielu cech i umiejętności, o których na Akademii nikt nie wspominał – kreatywności, szybkiego tempa pracy, umiejętności natychmiastowej adaptacji do nowego otoczenia, sumienności, doskonałej organizacji, znajomości psychologii stosunków międzyludzkich czy wreszcie wiedzy o metodach promocji samego siebie – generalnie szeroko pojętego branżowego profesjonalizmu. To są skille niejako pozamuzyczne, które wielu muzyków samoistnie posiada i nie ma z tym problemu. Chciałoby się jednak, aby był to pewnego rodzaju „standard” dla absolwentów wyższych uczelni muzycznych – nie sądzę natomiast, byśmy na chwilę obecną mogli z całym przekonaniem powiedzieć, że tak właśnie jest. 

W polskim szkolnictwie wyższym większości osób nie chce przejść przez usta sformułowanie, że jako muzycy jesteśmy w pewnym stopniu „produktem”, który nie tylko sam w sobie musi być dobrej jakości, ale taki „produkt” przede wszystkim trzeba umieć sprzedać. A tutaj wkraczamy tak naprawdę w zupełnie inną branżę – marketing. Właśnie tego mi bardzo brakuje, budowania większej świadomości zasad funkcjonowania rynku wśród młodych artystów. I nie chodzi mi tu w żadnym razie o zachętę do tworzenia muzyki komercyjnej, sprzyjającej powszechnym gustom, tylko o wiedzę, w jaki sposób, jakimi środkami trafić do słuchacza, gdy mówimy szczerze i od siebie. Zrozumienie tej kwestii pozwoliłoby uniknąć wielu późniejszych rozczarowań, potencjalnych sytuacji, w których młody artysta nie potrafi zaakceptować faktu, że tak bardzo się stara, tak pięknie gra, a nic konkretnego z tego nie wynika. Mówię to w pewnym stopniu także z własnego doświadczenia. Powinniśmy choćby tylko przybliżać młodym ludziom te mechanizmy, tak, aby potem sami mogli świadomie zdecydować, czy chcą wypływać na szerokie wody pod szyldem własnego nazwiska lub zespołu i niejako „walczyć” o swoją pozycję nieustannie konkurując z innymi, czy może wolą wybrać spokojniejszą, może nawet i „pewniejszą” życiowo drogę – np. grę w orkiestrze – gdzie ktoś to robi za nich, a oni mogą skupić się tylko i wyłącznie na muzyce. W obu tych przypadkach inaczej przeżywa się ewentualne wzloty i upadki, sukcesy i porażki. Inaczej doświadcza się ich gdy działa się „samotnie”, inaczej gdy jest się częścią większej grupy…to oczywiste, inaczej rozkłada się odpowiedzialność. Trzeba pamiętać też o tym, że obie te drogi są w porządku, najważniejsze, by każdy w tym co robi pozostawał w zgodzie z samym sobą i wnikliwie słuchał swojego serca i rozumu. Oczywiście jest jeszcze trzecia opcja, ponieważ zawsze można odpuścić całkowicie życie sceniczne i skupić się na nauczaniu innych czy pracy naukowej. Można też zajmować się wszystkim „po trochę” :) Każdy musi odnaleźć swoją własną drogę i powołanie. 

Niestety, w obecnym modelu edukacji muzycznej w Polsce o większość tych rzeczy, o których właśnie rozmawiamy musimy zadbać osobiście. Z własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że nikt nam tego nie uświadamia, nikt nie przekazuje know-how, sprawdzonych wzorców, które z powodzeniem są wdrażane na zachodzie. Spędziłem kiedyś tydzień uczestnicząc jako słuchacz w zajęciach prowadzonych na Berklee College of Music w ich filii w Walencji. Tamto doświadczenie diametralnie zmieniło moje podejście do muzyki i spojrzenie na to, co jako artysta robię. Wszystko odbywało się tam w zupełnie innej formule niż u nas, nastawione było na pracę twórczą, a następnie prezentacje wyników szerszej grupie. Coś na kształt naszych „audycji”, natomiast tam to był cotygodniowy standard. Po każdym wykonaniu następowała dyskusja, w której uczestniczyli wszyscy słuchacze, wykonawca i prowadzący klasę nauczyciel. Dodam jeszcze, że ta „klasa” jako taka składała się z muzyków grających na różnych instrumentach: pianiści, saksofoniści, producenci, „syntezatorowcy” itd., ponadto każdy z nich zajmował się innym gatunkiem muzycznym – jazzem, elektroniką, klasyką… Kto tylko chciał mógł wyrazić swoją opinię, zarówno głosy pozytywne, ale także i konstruktywną krytykę. To naprawdę wspaniałe i cenne doświadczenie – nie tylko przyzwyczaja wykonawcę do sytuacji, w której jego twórczość będzie przedmiotem rozmowy, ale także przygotowuje go na ewentualne nieprzychylne głosy w stosunku do jego sztuki. A przecież często negative feedback to niejako „sól” bycia artystą w przestrzeni publicznej… Podałem tylko jeden przykład, ale tamten model pracy diametralnie różni się od tego, co obserwujemy u nas. Po wizycie w Walencji zrozumiałem, że, choć wciąż najważniejsza jest dbałość o nasz bardzo rozwinięty warsztat i wysoki poziom wykonawczy, to jednak takie cechy jak oryginalność i kreatywność w tym co robimy są podstawowe, jeśli chcemy się „przebić” do szerszego grona odbiorców w dzisiejszych czasach, gdy konkurencja jest tak wielka. Świat ma chyba dość „kopistów”, szuka innowatorów, osób, które mówią własnym językiem. 

 

 

Czy według Ciebie w dzisiejszym świecie jest zapotrzebowanie na taką stronę, jak Polski Portal Akordeonowy?

Obserwowałem Portal głównie w mediach społecznościowych, od czasu do czasu zdarzało mi się w poszukiwaniu jakiś informacji trafić też na stronę www. Uważam, że to świetna i bardzo potrzebna inicjatywa. To byłaby naprawdę fajna sprawa, gdyby Portal stał się takim kompletnym „centrum informacyjnym” dla wszystkich akordeonistów, zarówno profesjonalistów, jak i amatorów, na którym pojawiają się liczne aktualności o Festiwalach, Konkursach, recenzje płyt, klipów internetowych, koncertów itp. To oczywiście w jakimś stopniu już funkcjonuje, ale jeśli udałoby się zachęcić do współpracy większą liczbę młodych redaktorów z pewnością mogłoby to działać jeszcze sprawniej – przecież potencjalnych tematów do opisania jest tak dużo, że rąk do pracy nigdy nie będzie za wiele. Można byłoby pomyśleć również o jakiejś sekcji z artykułami naukowymi. Gdyby udało się zainteresować tym pomysłem przedstawicieli środowisk akademickich z różnych miast, mogłoby powstać coś bardzo wartościowego i istotnego dla całej akordeonistyki. Wiem, że to może odległa perspektywa i przedsięwzięcie wymagające bardzo dużego wkładu pracy, ale może kiedyś udałoby się to rozwinąć nawet w elektronicznie wydawane pismo/magazyn w całości o akordeonie? Kto wie :) Wielkie rzeczy często zaczynają się od wizji jednostki i małych kroków – wierzę, że tak będzie również w przypadku Polskiego Portalu Akordeonowego. 

 

 

Jacku, ostatnie pytanie – gdybyś 10 lat temu dowiedział się, że dziś "będziesz w tym miejscu, w którym jesteś" to byłbyś zaskoczony, rozczarowany, czy raczej pomyślałbyś, że "tak właśnie planowałeś"? Gdzie chciałbyś też się "widzieć" za kolejne 10 lat? 

Na tego typu pytania niezmiernie ciężko udzielić prostej odpowiedzi. Z całą pewnością pod wieloma względami była to ciekawa dla mnie dekada. Upłynęła niejako pod przewodnim hasłem „studiowania”, ponieważ przez jej pierwsze 5 lat realizowałem studia licencjackie i magisterskie, a bezpośrednio po tym, czyli w roku 2015, zdecydowałem się kontynuować swój rozwój na studiach doktoranckich, które również trwały dla mnie prawie 5 lat. W marcu tego roku ostatecznie ukończyłem swój doktorat i zabrakło mi dosłownie kilku dni aby go „złożyć” i w tym momencie przygotowywać się do obrony – niestety, z powodu wprowadzonego stanu epidemii w Polsce uczelnia została zamknięta i nie zdążyłem tego zrobić. Obecnie cierpliwie czekam na możliwość wdrożenia całej „procedury” obrony pracy, a finalnie na – mam nadzieję pozytywne – ostateczne zamknięcie tego etapu w moim życiu, a w dalszej kolejności podjęcie nowych, ciekawych wyzwań. 

W ciągu ostatnich 10 lat, poza studiami i nauką towarzyszyło mi oczywiście dużo barwnej muzyki, choć pewnie nie aż tak wiele jakbym chciał. Psychologicznie jestem tak skonstruowany, że wymagam od siebie samego bardzo dużo, rzadko kiedy jestem czymś w pełni usatysfakcjonowany, stąd najczęściej towarzyszy mi poczucie ciągłego niedosytu, niezrealizowania. Z jednej strony to jest dobre, ponieważ musi istnieć coś, co nas napędza, co mobilizuje do dalszej pracy, „nakręca” i nie pozwala osiadać na laurach. Z drugiej strony takie podejście czasem potrafi być dość dużym psychicznym obciążeniem. Wymaga do tego sporych pokładów cierpliwości względem samego siebie, nie mówiąc już o cierpliwości innych osób, które ze mną współpracują :) Wiele projektów przygotowuję powoli, wkładam w nie mnóstwo czasu i wysiłku, aby ostatecznie maksymalnie zbliżyć się do granicy „jako takiego” poczucia satysfakcji. Wiele z nich chowam do szuflady, uznając za niespełniające moich własnych „standardów”. Czasami się z siebie śmieję (choć może jest to śmiech przez łzy) i na własny użytek nazywam to „chorobliwym perfekcjonizmem”. Próbuję jednak nad tym zapanować, znaleźć „złoty środek”. Dążę do tego, aby działać sprawniej, szybciej, starając się przy tym nadal zachować właściwą staranność i precyzję. Przede wszystkim – ciągle i jeszcze mocniej przeć naprzód. Chcę, by kolejna dekada była w moim wykonaniu zdecydowanie „wydajniejsza” jeśli chodzi o moją twórczość i dzielenie się jej efektami z otoczeniem. Odkąd pamiętam, wyznaczam sobie wiele równoległych celów i stopniowo dążę do ich realizacji. Mam specjalny zeszyt pełen pomysłów, szkiców projektów, kompozycji itd. – jest tego tak dużo, że wdrożenie tego w życie zajmie pewnie kolejną dekadę lub dwie, co więcej, ciągle rodzą się nowe idee i plany, więc największe wyzwanie to jakaś sensowna organizacja tego wszystkiego. Wymaga to umiejętnego wytyczania priorytetów i konsekwencji w działaniu – ciągle uczę się jak to optymalizować, jak robić to sprawniej, szybciej i z jeszcze lepszym efektem końcowym. 

Jeśli chodzi o jakieś drobne „sukcesy”, rzeczy które sam zapisuję po stronie plusów, to mogę z całą pewnością powiedzieć, że w ciągu ostatnich 10 lat pojawiła się jedna kwestia, która stała się dla mnie niezwykle istotna i częściowo udało mi się ją wdrożyć w życie. Mówię o moim studio nagraniowym, dzięki któremu zyskałem dużo nowych możliwości artystycznych. W przyszłości zamierzam je nadal rozwijać i ulepszać, tak, by docelowo stworzyć ciekawe i nowoczesne miejsce twórczych spotkań dla muzyków. 

Ostatecznie jednak do swoich życiowych i artystycznych doświadczeń staram się podchodzić z dużą pokorą. Traktuję przeszłość jako zamknięty temat, uważam, że jest ona dokładnie taka, jaka miała być. Może kiedyś były inne, lepsze lub gorsze wybory, ale w tym momencie nie istnieje już żadna alternatywa. Cała reszta to spekulacje, a za tym nie przepadam, to nic nie wnosi. Rzadko sięgam więc myślami wstecz i rozpamiętuję. Z wielu zrealizowanych celów na pewno jestem zadowolony. Wiele okazji zostało pewnie bezpowrotnie zmarnowanych, część planów wciąż jest w zawieszeniu i może doczeka się kiedyś realizacji. Po prostu przyjmuję do wiadomości i akceptuję to gdzie teraz jestem i tyle, nie wartościuję tego. Przeszłości nie da się zmienić, wiec koniecznie trzeba z niej wyciągnąć wnioski, a następnie zostawić ją za sobą. Natomiast przyszłość to inna sprawa. O nią trzeba zadbać, ją trzeba kreować. Jak powiedział Peter Drucker: „najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie”. Moim celem jest zatem dalsza, konsekwentna kreacja samego siebie. Nie podchodzę do tego w ten sposób, że w jakimś konkretnym miejscu, w jakiejś konkretnej sytuacji chcę siebie „widzieć”, że coś wyjątkowego musi się stać, coś konkretnego muszę osiągnąć – bo to nie ma dla mnie znaczenia. Nie chcę być też w niczym „lepszy” od innych ludzi, chciałbym skupiać się wyłącznie na codziennym „ulepszaniu” wczorajszej wersji samego siebie. Zależy mi tylko na tym, aby być w drodze, nieustannie się rozwijać, nadal mieć w sobie pasję do muzyki, czerpać przyjemność i satysfakcję, nie tylko z tego co sam robię, ale również z tego, co mnie otacza, co tworzą moi przyjaciele, inni wspaniali muzycy i ludzie ogólnie. A często są to rzeczy naprawdę piękne i wzbudzające zachwyt… Tym pięknem i pięknymi ludźmi chcę się otaczać, z tego czerpać własną energię. Budować samego siebie na pozytywnych emocjach. A finał, ten „punkt docelowy” dla każdego z nas jest przecież doskonale znany, liczy się jednak sama droga i bycie w nieustannym ruchu. Cokolwiek się podczas tej mojej drogi nie wydarzy, stawię temu czoła, zwyciężę lub polegnę, ale na własnych zasadach. Z całą pewnością nie odbiorę sobie tej satysfakcji i nie przestanę podążać wytyczonym szlakiem tylko dlatego, że pojawią się na nim jakieś przeszkody i przeciwności.  

 


Wywiad przeprowadził: Mateusz Doniec